Witam Was Kochani!

Wiem, że ostatnio bardzo rzadko kiedy piszę, ale spowodowane to jest może nie tyle brakiem czasu co brakiem chęci. Ile razy zabierałam się za pisanie, jakoś nigdy nie doszło to do skutku.

Ogólnie mam sporo tematów do nadrobienia. Chce opisać wam trochę moich podróży w ostatnim czasie, jak i mam sporo materiałów z swojego projektu do opublikowania, więc może w końcu się zmuszę i wrócę do regularnego pisania.

Tymczasem dzisiaj – chciałam napisać coś o moim ulubionym serialu. Wczoraj o 21 czasu amerykańskiego miała premiera ostatniego odcinka serialu Kości – 246 odcinek w serii. Nie powiem jest to dla mnie kolejny koniec wspaniałego okresu. 12 lat świetnej zabawy i oglądania jednego z najlepszych seriali dramatycznych. Bones towarzyszyło mi przez tak długi czas, że teraz nie wiem co w zimowe wieczory będę robić. Przez 12 sezonów naprawdę można się przyzwyczaić do tego, że co tydzień o 2 w nocy czekało się na nowy odcinek swojego ulubionego serialu. Poza tym jest on jednym który zaczęłam oglądać od samego początku do samego końca.

Pewnie wielu z was nie oglądało Kości, albo bardzo sporadycznie. Ja zachęcam was do obejrzenia, albo zrobienia sobie maratonu – jeśli lubicie kości i zagadkowe morderstwa. Bo naprawdę warto.

Tutaj podsyłam linka do kanału Stacji FOX gdzie są zamieszczone migawki z ostatniego sezonu Kości:

Pozdrawiam i do spisania mam nadzieję niedługo 😉

Pozdrawiam Wasza Molcia 🙂

Udostępnij

Witam Was Kochani! 

Przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. Nie miałam wenny i chęci by pisać, szczególnie po wydarzeniach z początku roku.

Ogólnie wiem, że ominęła mnie trzecia rocznica mojego bloga. Pamiętałam o niej, ale nie miałam czasu napisać czegoś wartościowego w ten dzień. Przez ostatnie miesiące wiele wam zawdzięczam drodzy Czytelnicy. Blog z dnia na dzień jest coraz częściej odwiedzany i komentowany, co bardzo mnie cieszy.

Ale dzisiaj nie o tym. Chciałabym wrócić na chwilę do ciężkich przeżyć z początku roku. Jadąc na kolejny turnus do pracy mieliśmy z znajomymi ciężki wypadek, ale na szczęście bez ofiar śmiertelnych i rannych. Po spotkaniu się z Tirem z naszego busa nie wiele zostało na przodzie. Jednak nie powiem nasz kierowca – był bardzo opanowany i chwała jej za to. Bo mogło się to o wiele gorzej skoczyć. Auto ogólnie wyglądało tak:

Więc jak widzicie nie było wesoło. Ale daliśmy radę i ruszyliśmy dalej.

I tak minął mi turnus i w zeszłym tygodniu wracam do domu. I kolejna przygoda mnie spotkała. A wiązało się to z kolejnym spotkaniem z Tirem. Autokar którym jechałam przytarty został przez tira… Więc zastanawiam się czy aby na pewno powinnam znowu jechać??? Niestety tak czy siak do pracy dojechać jakoś muszę. 

No i to chyba byłoby na tyle teraz. Może uda mi się trochę znowu popisać jutro, bo dzisiaj już spanie mnie bierze. 

Pozdrawiam Was, wasza Molcia

Udostępnij

Witam Was Wszystkich!

Ostatnio jak wiecie trochę podróżuję po Europie z grupą ludzi pracując. I dzisiaj mam zamiar trochę o nich opowiedzieć. Jak to się zdarza pracując jako tłumacz na zlecenie masz okazję spotkać różnych ludzi różnych narodowości. Ale przede wszystkim poznajesz nowe osoby z swojego kraju i rozmawiasz z nimi w własnym języku, czego mi na co dzień brakuje w mojej docelowej pracy.

No i tak teraz jeżdżąc poznałam kilka zarąbistych osób, które mają na mnie nie mały wpływ, ale przede wszystkim powodują uśmiech na twarzy w ostatnich ciężkich dniach. Będąc tutaj miałam okazję poznać pięć osób. Niektórych znałam z wcześniejszych wyjazdów, ale resztę poznałam na obecnych turnusach.  W gronie tym znajduję się Sołtys, Chomiczek, Szefowa z swoim mężem oraz Kryniu. Co mogę o nich napisać, można wiele ale szczerze nawet nie wiem od czego zacząć.

Dwójka niezastąpionych

Najlepszy kontakt złapałam chyba z Sołtysem – który na chwilę obecną nie może być z nami na turnusie – ale jak już jest to aż płacze się z śmiechu w pokoju z nim. Sołtys ma specyficzne poczucie humoru, zawsze wszystkich udobruchać umiał, i nie stawał po niczyjej stronie. Ale jak balował to ze wszystkimi. Kolejna osoba to Chomiczek – dziewczyna zwariowana, pełna energii i przede wszystkim mądra. To dzięki niej odważyłam się zrobić kilka rzeczy o które nigdy się nie podejrzewałam, a jednak byłam w stanie zrobić. Wystarczyło, że odpowiednio mnie zmotywowała. Fajnie się z nią rozmawia, wyczynia różne szaleństwa, a przede wszystkim czasami udaje się zrobić super zdjęcia by uwiecznić wspomnienia. No i lubi chodzić bardzo szybko, przez co i ja musiałam się przestawić i podkręcić tępo.

Szefowa – jak to szefowa potrafi być surowa, ale jest zarąbistą osobą, z którą da się pogadać. Ale przynajmniej zna granicę do której wypada się posuwać w żartach, a której się nie przekracza. A niestety nie wszyscy o tym pamiętają, że inni też mają uczucia. Tak samo jak Chomiczek potrafi być zwariowaną postacią. Ale co ważniejsze, jest szczera w tym co myśli i mówi to prosto z mostu, nie obija w bawełnę i to lubię w niej. A co do Krynia – to nasz Misiu. Łagodna postać, która jak się rozszaleje to doprowadza wszystkich do płaczu i kolki wywołanej od śmiechu. Pogodna dusza towarzystwa.

I tak wszyscy razem spędzamy razem czas, mieszkamy w tym samym pokoju. Razem śmiejemy się do rozpuku i szalejemy. Próbujemy nosić co poniektórych na rękach, droczymy się nawzajem, wspólnie rozkładamy system. I oto właśnie chodzi by po pracy, móc się zrelaksować i odpocząć, a nie narzekać na wszystko. Więc to tyle chyba z ostatnich dni. Niedługo znowu się odezwę.

Pozdrawiam, Wasza Molcia

Udostępnij

Witam Was!

Jak wiecie od jakiegoś czasu kursuję po Europie w celach zarobkowych. Ostatnio korzystając z okazji miałam możliwość zwiedzić piękne antyczne miasto Trewir, a po niemiecku nazywanego Trier.

Miasto zostało założone w 16 roku p.n.e. w ramach romanizacji terenów celtycko-germańskich i nazwano je Augusta Trevororum. Było one uznane jako centrum administracyjne i „podstolica” cesarstwa Rzymskiego. Trewir był zaliczany do jednej z czterech prefektur cesarstwa – Galii. Prefektury ustanowił Konstantyn Wielki podczas swojego panowania.

Od 273 roku w Trier znajduje się siedziba biskupów katolickich (co powoduje sporą ilość bazylik w mieście). Arcybiskup w średniowieczu piastował jeszcze stanowiska książęcą Rzeszy i elektorów Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Z Trier wywodzi się m.in Karol Marks oraz tutaj zmarła – Helena, matka Konstantyna Wielkiego.

Natomiast co do zabytków. Trier posiada aż osiem zabytków na liście UNESCO. Jest to Porta Nigra, amfiteatr rzymski, termy Cesarskie, bazylika Konstantyna, rzymski most na Mozeli, kolumna Igel, katedra świętego Piotra, oraz gotycki kościół Najświętszej Marii Panny.

Poza tym można podziwiać jeszcze średniowieczny Rynek Główny, opactwo benedyktynów, stare żurawie nad Mozelą, cmentarz żydowski, kilka pomniejszych term, dom Karola Marksa, czy też rokokowy Pałac Książąt Elektorów.

Miasteczko bardzo piękne i warte zwiedzania, tak jak również pobliskie winnice, serwujące bardzo dobre wina. Które miałam okazję spróbować. Ogólnie miasto można zwiedzić w ciągu jednego dnia, zahaczając o najważniejsze zabytki i trasa ta ma długość 11 km i zajmuję około 3/4h zwiedzania. Ja osobiście pokwapiłam się na zwiedzenie czego tylko się da w kilka godzin. Więc udało mi się wejść w prawie wszystkie warte polecenia miejsca.

Zatem zachęcam do odwiedzenia, nie będziecie żałować 🙂

Pozdrawiam Was, Molcia 🙂

Udostępnij

Witam Was 😊

Dzisiaj kolejny post z serii moich podróży 😊. Znajduję się w Nussbach im Herztal w Niemczech, około 22km od francuskiej granicy.

Miasteczko powstało w 1309 roku.  I od 1553 prowadzone są tu winnice. Muszę przyznać że wino mają bardzo smaczne.

A poniżej kilka zdjęć z okolicy:

Pozdrawiam Was,  Molcia 😊

Udostępnij

Witam Was!

Zastanawiam się co napisać, ale sama już nie wiem. Ostatnio spotkało mnie kolejne nieszczęście… Umarła mi bardzo bliska osoba, była dla mnie jak druga mama. I teraz szczerze jakoś sobie nie radzę z uczuciami względem tego wszystkiego. Wyrzucam sobie, że nie starałam się bardziej, nie dzwoniłam częściej i nie pomagałam. Jednak płakanie nad rozlanym mlekiem nie pomorze. Ta osoba już nie cierpi, i wiem, że nie chciałaby bym i ja się zamęczała. A jednak płaczę kiedy ją wspominam. Tak samo jak zawsze gdy wspominam mamę.

Ta ciocia była nie tylko moją przyjaciółką, ale zastępowała mi też mamę, babcię i traktowała mnie jak swoją przyszywaną wnuczkę. To z nią mogłam rozmawiać o mamie, wspominać dobre chwilę z mamą. To ona pomagała mi przejść przez trudny okres choroby mamy i po jej śmierci. Ciocia była dla mnie ostoją i jakimś stałym punktem w planie dnia. Codzienne rozmowy i odwiedziny kiedy przebywałam w domu. Zapominam się już też iż pod tym numerem już nigdy więcej nie usłyszę tego ciepłego i miłego głosu Cioci. A teraz mam już tylko kolejne miejsce na cmentarzu do odwiedzania…

Nie powinno mi być smutno, bo wiem, że ciocia chorowała i jest teraz tak lepiej. Ale jakoś nie mogę. Ehhh na serio trochę to dla mnie ciężkie psychicznie, bo straciłam kolejną ważną dla mnie osobę i to grono coraz bardziej się uszczupla. Ale wiem, że nadal mam ostoje w postaci moich przyjaciół. I jakoś znowu sobie wszystko poukładam z czasem. A jak to zobaczy za jakiś czas. Jak to mówią, co nas nie zabije to nas wzmocni…

Na razie, Molcia

Udostępnij

Witam Was!

Przepraszam za tak długą przerwę w pisaniu. Jednak jestem w pracy i jakoś nie mam czasu na pisanie. Bo gdy mam wolne to wolę pozwiedzać okoliczne atrakcje niż siedzieć na internecie. Dzisiaj jednak na chwilkę zajrzałam i wstawię kilka przepięknych zdjęć z mojego prawie dwutygodniowego pobytu w Austrii.

Oto one, a następnym razem obiecuję coś napisać ☺️

Pozdrawiam Molcia

Udostępnij

Witam Was!

Postanowiłam trochę powrócić do tematu rodu Tiele-Wincklerów z mojego miasta, tzn. dzielnicy. U nas w dzielnicy – w Miechowicach mamy ruiny pałacu ich rodu.


Jego budowa zaczęła się w 1812 roku i trwała przez 5 lat. Inicjatorem budowy był kupiec Ignacy Domes, który nabył wieś Miechowice. Był on prezentem dla córki Domesa – Marii i został wybudowany w stylu klasycystycznym.

W 1819 roku zaczął się nowy etap dla miechowickiego pałacu. Na Śląsku pojawił się wówczas 16letni Franz Winckler – pracownik górnictwa – który pracowitością i zdolnościami po kilku latach został pełnomocnikiem Franciszka Aresina. W 1832 roku Franz poślubił wdowę po Aresinie – Marię Aresin, która była 14 lat starsza od Franca, jednak posiadała znaczny majątek i była właścicielką miechowickiego pałacu.

Po 1844 roku Pałac został znacznie przebudowany po nawiedzeniu terenów Miechowic przez trąbę powieczną. To pozwoliło na rozbudowę pałacu w stylu XVI wiecznego angielskiego gotyku. W 1860 roku dobudowano prawe i lewe skrzydło pałacu, który był już wówczas własnością córki Franca – Waleski von Winckler i jej męża Huberta von Tiele.
Jedną z najbardziej znanych postaci z historii Miechowic to córka Waleski – Ewa von Tiele Winckler znanej jako Matka Ewa.
Pałac był w rękach rodu do 1925 roku, kiedy to hrabia Klaus Tiele Winckler odsprzedał go spółce akcyjnej Preussengrube AG (zarządzające miejscową kopalnią węgla kamiennego).
27 stycznia 1945 roku czerwona armia rozgrabiły i doszczętnie spaliły pałac. Wypalone mury pałacu wysadzono w powietrze w 1954 roku. Dzisiaj jedynie możemy podziwiać ruiny oficyny pałacowej i okazały, ale zaniedbany park pałacowy. Niewielki pagórek przy ruinach oficyny kryje pozostałości samego pałacu.

Obecnie:

Co do Parku pałacowego, obecnie nazywany jest Parkiem Ludowym. Ukształtowany został na początku XIX wieku w typie ogrodu krajobrazowego. W połowie XIX wieku poszerzono go, pozostawiając dotychczasowy układ. Od 1995 roku park wraz z układem kompozycyjnym, ruinami i pozostałościami po pałacu jest objęty ochroną konserwatorską jako wpis do rejestru zabytków.

Oj trochę się łaziło po tych ruinach, a ile razy w życiu nachodziłam się po tym parku do szkoły i na cmentarz do rodziców. A czasami uciekało się na wagary 😛

Pozdrawiam Serdecznie, Molcia 🙂

Ps. Postaram się zrobić serię wpisów o istniejących i nie istniejących już pałacach, dworach i zamkach na terenie naszego województwa. Przy okazji sama, będę mieć okazję wypisać sobie listę gdzie mam jeszcze pojechać i pozwiedzać 🙂

Udostępnij

Hejo Wszystkim!

Przez ostatnie tygodnie trochę jeździłam po Polsce. Miałam okazję pozwiedzać i spędzić fajnie czas z przyjaciółmi. Teraz powoli wracam znowu do pracy. Na ostatni mój wypad przed powrotem, wybraliśmy się do Ojcowa i Ojcowskiego Parku Narodowego. Więc dzisiaj trochę poświecę czasu i opiszę oraz wstawię zdjęcia z mojego wyjazdu.

OPN (Ojcowski Park Narodowy)

to malowniczy zakątkiem w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Położony jest na południowym jej krańcu i obejmuje środkową część doliny Prądnika i dolną oraz środkową część doliny Sąspowskiej.

Osobiście mieliśmy okazję zwiedzić tylko minimalnej części tego Parku: Zamek w Ojcowie, Bramę Krakowską oraz Grotę Łokietka. Zatem pora przedstawić pokrótce każde z tych miejsc:

Zamek w Ojcowie

Powstał w drugiej połowie XIV wieku przez króla Kazimierza Wielkiego, jako punkt kontrolny na szlaku handlowym pomiędzy Krakowem a Wrocławiem. Z wsią Ojców wiążę się legenda. Głosi ona że król Kazimierz Wielki wznosząc warownię w Osadzie nad Prądnikiem na cześć ukrywającego się niegdyś w tej okolicy ojca, Władysława Łokietka, nazwał ją „Ociec u Skały”. Miejscowa ludność z czasem skróciła nazwę do Ociec, a później do Ojców. Nazwa ta przetrwała do dziś i dotyczy całej miejscowości położonej u stóp wzgórza zamkowego. Po wspaniałym grodzie obecnie pozostało już tylko malownicze ruiny, na które składają się resztki murów obronnych i części mieszkalnych, wieża, zamkowa studnia, brama wjazdowa, a przed nią zachowane filary zwodzonego mostu.


Jaskinia Łokietka

Położona na wysokości około 452m n.p.m. w masywie Chełmowej Góry. Jest ona długa na 320 metrów i składa się z dwóch dużych sal – Rycerskiej i Sypialni oraz mniejszej Kuchni. W Jaskini jest bardzo wilgotno i zimno – przeważnie w granicy 7 stopni. Co można było odczuć – gdy na dworze mieliśmy prawie 30 stopni. Jaskinia posiada swoją legendę również. Mówi ona, że Władysław Łokietek, uciekając z Krakowa przed wojskami czeskiego króla Wacława II schronił się w okolicach Ojcowa. Jako kryjówkę wybrał jedną z tutejszych jaskiń. Mimo iż pościg był tuż za nim, nikt nie przypuszczał, że za szczeliną może się ktoś ukrywać, szczególnie że wejście było odgrodzone ogromną pajęczyną pokrytą kroplami rosy. Według Legendy przyszły król przebywał w niej 6 tygodni. Podobno dotknięcie  łoża księcia w części sypialnianej, jak i kraty prowadzącej do Groty przynosi szczęście i spełnienie marzeń… Warto samemu się przekonać 😉 A przy grocie można schłodzić się bardzo pyszną źródlaną wodą 😉


Oraz Brama Krakowska, która jest zbudowana z dwóch 15 metrowych bloków kamiennych. Są one nieco zaokrąglone, a podziwianie ich może ukazać nam wszystkie procesy jakie zachodziły w tych skałach na przestrzeni wieków.

20160723_143707

Szlaki Turystyczne

Przez OPN przechodzi kilka szlaków turystycznych. Szlak czerwony wchodzący w skład Szlaku Orlich Gniazd, szlak niebieski – część szlaku Warowni Jurajskich, szlak żółty – jako fragment szlaku Dolinek Jurajskich, szlak zielony – jako szlak lokalny powstały w 1992 roku oraz szlak czarny – również lokalny, który jest najkrótszą trasą pomiędzy Zamkiem a Grotą Łokietka. Poza tym w OPN możemy wyróżnić również ścieżki dydaktyczne oraz ekspozycję przyrodniczą OPN.

Zachęcam was do odwiedzenia tego miejsca, gdyż jest bardzo ładne. Osobiście zamierzam wybrać się tam po raz kolejny i zwiedzić jeszcze kilka innych ciekawostek z tego rejonu, ale jak na jeden dzień i tak jestem z nas dumna. A jeśli ktoś ma nie daleko, uwierzcie mi – godzina drogi to nie tragedia, a można wypocząć na świeżym powietrzu i trochę odchamić swój umysł – urokami natury.

Pozdrawiam, Molcia 🙂

Udostępnij

Witam Was!

Po takiej długiej przerwie w pisaniu. Ale jak ostatnio wspominałam miałam u siebie przyjaciółkę, spędziłam trochę czasu w pracy i z nią oraz z drugą przyjaciółką. Ostatnie tygodnie pokazały mi, jak bardzo czasami potrzebuję towarzystwa. I potwierdzają słowa, które kiedyś czytałam w książce pt. „Kubuś Puchatek”:

„- Puchatku! – zawołał Prosiaczek.
– Tak, Prosiaczku? – Odpowiedział Puchatek
– Nic, chce się tylko upewnić, że jesteś obok mnie przyjacielu.
– Jestem, zawsze!”

Ostatnie dni pokazały mi, że potrafię być wredna i drobnostkowa – jednak jestem człowiekiem, który tęskni i oddałby wszystko co może swoim najbliższym. A takimi  właśnie osobami są dla mnie – moi przyjaciele. Od wielu lat się powtarza, że w obecnym świecie mieć jednego prawdziwego przyjaciela to cud, prawdziwe złoto. Ja mam ich aż pięciu, za których jestem ogromnie wdzięczna. Bo zawsze, bez względu na wszystko – mogę na nich polegać, mogę z nimi porozmawiać, poradzić się, pośmiać czy nawet pobeczeć. I może nie zawsze jestem ideałem w tej relacji, znamy się i staramy się nawzajem znosić i tolerować swoje dziwactwa.

Moje złoto

Już nie raz o nich pisałam. Nie raz dziękowałam losowi za nich, i pewnie nadal będę. Nie muszę się rozpisywać nie wiadomo ile. Ostatnio jak byłam z przyjaciółką w Świerklańcu, to ona bez problemu wyczuła, że coś mnie gnębi. I byłam jej wdzięczna za to, że potrafi to zauważyć, wyczuć.

Bo pomimo, iż ostatnio miałam naprawdę wspaniały czas z moimi przyjaciółkami. To gdzieś w podświadomości miałam mały kłopot. Przy moich wojażach po Polsce czułam się wolna i przez to miałam wyrzuty sumienia. Bo kiedy moja mama żyła, nigdy nie mogłyśmy sobie na to pozwolić. A teraz kiedy jej nie ma – poznaję na nowo świat, poznaję jego piękno… I jest mi przykro, że odkrywam to wszystko sama, bez niej u boku. Może, jest to głupie… Sama już nie wiem, pewnie to kolejny problem do omówienia na terapii u Psychiatry.

Jednak czasami żałuję, że mama pozbawiała się wszystkiego z powodu innych, że ja też musiałam przez większość czasu pozbawiać się odrobiny przygody – bo nie mogłyśmy z jakiś powodów. Nie mam do niej o to specjalnych pretensji, ale to powoduje, że  brakuję mi tych wspomnień, ciekawych i radosnych do pielęgnowania czy oglądania na fotografiach. Brakuje mi po prostu tych wspomnień. By móc pamiętać mamę inaczej niż zazwyczaj. Teraz tworzę sama swoją historię, swoje wspomnienia i realizuję swoje jakieś marzenia. W gronie osób które szanuję i cenię, które można powiedzieć w pewien sposób kocham.

To znowu mi ostatnio tak przysłowiowo leżało na wątrobie. Nie jest to składnie i ładnie, trudno się mówi. Jednak musiałam to z siebie wyrzucić.

Na razie i do usłyszenia
Wasza Molcia

Udostępnij