Witam!

Tak dzisiaj się rozpisuję 🙂 Skoro wspomniałam już o Krakowie dzisiaj. To pozostając w okolicy napiszę o Kamieniołomie Liban. M.in. to tam powstawał znany większości ludzi film pt. „Lista Schindlera”. Zapraszam do krótkiej notki 🙂

Kamieniołom Liban

Znajduje się on na krakowskim Podgórzu. W pobliżu kopca Krakusa oraz stacji Kraków Płaszów. Od XIV wieku wydobywano tutaj wapień. W 1873 Bernard Liban założył firmę „Kamieniołomy Liban i Ehrenpreis S.A. W Krakowie” zajmującą się produkcją wapnia budowlanego i nawozowego, kamienia łamanego fundamentowego i brukowego. Pod koniec XIX wieku była to jedna z najważniejszych i najprężniej działających firm w Krakowie, działała do 1941 roku. Podczas II Wojny Światowej służył on jako obóz karny służby budowlanej przez który przeszło około 2 tys więźniów. Pracowało tutaj prawie 400 osób po 14 godzin dziennie, bez wolnego w wieku od 16 do 60 lat. Od 15 kwietnia 1942 do 22 lipca 1944 istniał tutaj obóz dla 400 więźniów z Polski i Ukrainy. W celu upamiętnienia zmarłych więźniów stoi pomnik w niszy skalnej poświęcony im. Po wojnie zakład przeszedł w ręce państwa Polskiego, prace w nim znajdowało 110 osób do roku 1986. Kiedy to uznano ze złoże się wyeksploatowało. Obecnie na terenie znajdują się jeszcze dekoracje, które wykorzystano w Liście Schindlera w 1993 roku. Obrazowały one obóz w Plaszowie, który znajdował się w bliskiej okolicy.

No to na razie tyle 🙂 wieczorem kolejny post o Sławnej Kobiecie 🙂

Pozdrawiam, Molcia

Udostępnij

Witam Was!

Oczywiście kolejna długa przerwa z mojej strony, kiedy obiecałam, że postaram się pisać regularnie. Wybaczcie, ostatni tydzień do łatwych nie należał. Ale nie zamierzam o tym się rozpisywać. Dzisiaj trochę dziwny temat. Będąc niedawno w Krakowie – miałam okazję spacerować w okolicy Kopca Krakusa. Jako, że jestem historykiem amatorem i „uwielbiam tematykę Drugiej Wojny Światowej” – byłam w ogromnym szoku kiedy zobaczyłam poniższą tablicę:

Wiecie, jaki szok przeżyłam?! Tyle czytałam o historii Krakowa i różnych punktach, ale do tego nie doszłam. Dlatego dzisiaj w ramach posta, krótka historia – KL Plaszow.

Rekreacja na kościach

Obecny teren rekreacyjny Płaszów na Krakowskim Podgórzu to zapomniany przez większość osób Obóz Koncentracyjny w którym zginęło wielu więźniów. Można tam spacerować z psami, jeździć na rowerze czy choćby zobaczyć raczących się piwem bezdomnych. Jak ja to miałam okazję zobaczyć. Popisane płyty informujące o tym, że to teren obozu czy też zdewastowane pomniki. To można spotkać na miejscu gdzie ludzie umierali za swoje wierzenia oraz poglądy polityczne.

Płaszów powstał jesienią 1942 roku na terenie dwóch żydowskich cmentarzy. Początkowo byli tutaj tylko żydzi, przeniesieni z likwidowanego krakowskiego getta. Był to wówczas jeszcze jeden obóz z trzech pracy przymusowej. W 1943 roku został tam dołączony obóz pracy wychowawczej dla Polaków. Jednak od stycznia 1944 stal się on obozem koncentracyjnym. Na terenie obozu szyto mundury, drukowano dokumenty, rozkazy i inne druki hitlerowców. Ponadto warsztaty samochodowe, elektryczne, stolarskie, ślusarskie i inne. Również Fabryka Naczyń Emaliowanych Schindlera zatrudniała więźniów KL Plaszow.

Przejściowy cmentarz

Żydzi, Cyganie, Polacy, Węgrzy czy Słowacy. Wszyscy trafiali tutaj przejściowo, by potem zostać wysłani transportami m.in. do Auschwitz czy Bełżca oraz na roboty do Niemiec. Planowano tutaj też budowę krematoriów i komór gazowych, nawet zaczęto ich budowy wiosną 1944. Jednak porzucone zostały jesienią 1944, kiedy przystąpiono do likwidacji obozu. Ostatni transport z KL Plaszow wyszedł 16 stycznia 1945 roku do Auschwitz Birkenau II. Największa liczba więźniów to ponad 20 tys w lecie 1944 roku. Ogólnie podaje się liczbę od 50 tys do nawet 150 tys osób, które trafiły tutaj i zostały przeniesione. A prawie 8 tys więźniów pochowano na terenie obozu. Wiele osób nie ma o tym pojęcia, sama nie wiedziałam do póki nie ujrzałam tablicy i pomników na terenie obozu podczas spaceru.

Miałam okazję trochę poszperać i poczytać o tym. Następnym razem będąc w Krakowie, postaram się odwiedzić jeszcze raz to miejsce. I tym razem oddać należyty szacunek ofiarom. A tymczasem to tyle w tym poście.

Pozdrawiam Was, Molcia

Udostępnij

Witajcie Kochani!!!

Dzisiaj trochę o kolejnej książce którą dorwałam do czytania. „Ta Kobieta, Wallis Simpson” autorstwa Anne Sebba jest biografią o bohaterce jednego z największych skandali XX wieku. Tak wkręciłam się w czytanie jej. Nutka historii i cała ta opowieść o życiu Wallis jest naprawdę fajnie napisana. Jestem aktualnie w połowie, więc to bardzo dużo jak na drugi dzień czytania w pracy. Zainspirowana tą książką postanowiłam dzisiaj trochę o niej napisać. Na razie bez szczegółów, bo nie skończyłam jeszcze książki 😀

Wallis Simpson
a właściwie Bessie Wallis Warfield, urodziła się 19 czerwca 1896 roku w Pensylwanii, a zmarła 24 kwietnia 1986 roku w Paryżu.
Najbardziej znana z tego, iż była kochanką księcia Walii i następcy tronu, a potem króla Anglii – Edwarda VIII. W późniejszym czasie po abdykacji – jego żona.
Po raz pierwszy spotkała księcia na jednym z przyjęć w Stanach. Edwardowi spodobało się jej żywe usposobienie oraz szczerość. Byli nierozłączni od 1934 roku. Ich romans przyniósł ogromne oburzenie w rodzinie królewskiej z powodu tego, że Wallis była dwukrotną rozwódką. Gdy parlament nie przychylił się do prośby Edwarda na ślub, postanowił on abdykować. Co uczynił 10 grudnia 1936 roku, a pół roku później został on trzecim mężem Wallis. Oboje używali tytułu księcia i księżnej Windsoru. Co można o niej jeszcze powiedzieć?! Jej wcześniejsze małżeństwa według książek i autobiografii nie były szczęśliwe. Wallis nie umiała się w nich odnaleźć. Małżeństwo z Winfieldem Spencerem trwało 11 lat (1916-1927), a z Ernestem Aldrichem Simpsonem (już tylko 8 lat). Najdłużej wytrwała w małżeństwie z Edwardem – około 35 lat.

To tyle dzisiaj na ten temat, obszerniejszą pracę zrobię po skończeniu książki 🙂

A dzisiaj już pozdrawiam i do usłyszenia.

Wasza Molcia 😀

Udostępnij

Witajcie Kochani!

Dzisiaj szperałam za czymś sensownym na swoim twardym dysku i trafiłam na Kalendarium, które opracowałam jakieś 3 lata temu. Dotyczy ono najważniejszych według mnie wydarzeń podczas II Wojny Światowej. Kalendarium zawiera 6 stron podzielonych na poszczególne lata i na pogrubieniu wytłuszczone ważniejsze wydarzenia z danego roku. Pewnie przyda się przy powtórce do sprawdzianu albo do matury 😉 Nigdy nie zaszkodzi sobie również tak poczytać. Ja osobiście siedząc obecnie przy tematyce II Wojny Światowej i opracowując sobie temat Holocaustu zaglądam do tego kalendarium, oraz mojego bardziej szczegółowego z okresu jeszcze gimnazjum – które ma aż 42 strony… Więc może jak je ogarnę ładnie wizualnie to też wam zaprezentuje 😉 A tym czasem zachęcam do przejrzenia tych kilku stron.

Kalendarium

Pozdrawiam, Wasza Molcia 😉

Udostępnij

Witajcie!

Wybaczcie, ale nie mogłam się nie powstrzymać i nie opublikować dzisiaj jeszcze jednego posta. A związane to jest z historią pewnej kobiety, o której miałam okazję widzieć film. Choć tytuł w ogóle tego nie sugeruje. Zapraszam do zapoznania się z krótką biografią głównej bohaterki filmu. A na koniec moje odczucia w stosunku do niego 😉

Ludmiła Pawliczenko

Ludmila Pavlichenko

urodziła się 12 lipca 1916 roku w Białej Cerkwi, zmarłą 10 października 1974 roku w Moskwie. Ukrainka która stała się jednym z najlepszych radzieckich strzelców wyborowych.

Ludmiła od lat młodzieńczych chodziła do klubu strzeleckiego, co prowadziło do licznych nagród za udziały w zawodach. od 1937 roku studiowała Historię na Uniwersytecie Kijowskim, gdzie obroniła się w 1941 roku.

Po ataku Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 roku była jedną z pierwszych ochotniczek zgłaszających się do wojska w obronie kraju. Dzięki licznym medalom z zawodów udało jej dostać się do oddziałów frontowych, a dokładniej do 25 Dywizji Strzeleckiej.

Pierwsze strzały padły w pobliżu Bielajewki. Następnie przez ponad dwa miesiące walczyła z innymi w obronie Odessy. Obrona ta kosztowała ją aż trzy pobyty w szpitalu, ze względu na odniesione rany. Za zasługi na polu bitwy dostała awans do starszego sierżanta. Po Odessie służyła w obronie Sewastopola – gdzie została podporucznikiem. Oddelegowano ją również do szkoleń kolejnych snajperów. Podczas eksplozji pocisku moździerzowego w 1942 roku została bardzo poważnie ranna oraz ewakuowana z Sewastopola. Do tego momentu na swoim koncie miała już 257 celnych trafień nazistowskich.

Po odbyciu rehabilitacji nie wróciła na front, lecz oddelegowano ją do podróży po Świecie by wygłaszała odczyty wzywające do pomocy ZSRR w wojnie. Podczas jednej z tych podróży, została przyjęta przez prezydenta USA – Franklina Roosevelta, a z jego żoną zaprzyjaźniła się.

Po powrocie do ZSRR uzyskała order Złotej Gwiazdy Bohatera Związku Radzieckiego oraz stopień Majora. Otrzymała również order Lenina. Po wojnie zamieszkała w Moskwie, gdzie dalej kontynuowała karierę naukową oraz pracowała w Dowództwie Marynarki Wojennej.

Była jedną z 500 kobiet snajperów które przeżyły II Wojnę Światową. Oraz jedną z 2000 kobiet jakie były snajperami w Armii Czerwonej w czasie wojny. Trafiła łącznie 309 razy które zostały potwierdzone, w tym 36 snajperów niemieckich.

Czemu wspominam o Ludmile akurat dzisiaj?!

No cóż miałam okazję zobaczyć bardzo dobry dramat wojenny produkcji rosyjsko-ukraiński ukazujący jej zmagania w obronie Odessy i Sewastopola podczas pierwszych dni agresji niemieckiej. Film pt. „Bitwa o Sewastopol” powstał w latach 2012-2015 roku, a w rolę Ludmiły wcieliła się Julia Pieriesild. Reżyserem jest Siergiej Mokricki. Premiera odbyła się 2 kwietnia 2015 roku. Film spodobał mi się bardzo. Pokazał jak mogło wyglądać życie kobiet podczas wojny z ich punktu widzenia. Pokazał również z jakimi przeżyciami zmagała się kobieta na pierwszej linii frontu. Oraz to jaką siłą walki musiała się odznaczać. Film trwał prawie 2 godziny, ale nie są to w żadnym wypadku zmarnowane dla mnie godziny. Z ciekawostek tak jeszcze wspomnę, że Julia Pieriesild otrzymała nagrodę główną za najlepszą rolę żeńską podczas V Międzynarodowego Festiwalu Filmu w Tiantan.

Zapraszam was do zobaczenia tego filmu, a ja tymczasem się żegnam i do spisania niebawem.

Pozdrawiam Molcia 🙂

Udostępnij

Witam Kochani!

Ostatnio nie mam zbytnio weny do pisania, ale cóż w końcu muszę się za siebie zabrać. Zatem opiszę jedno z licznych miast jakie miałam okazję zwiedzić w ciągu ostatnich 10 miesięcy 🙂 Zapraszam do poczytania poniżej o Darmstadt.

Darmstadt ma bardzo bogatą historię. Pierwszy raz wspomniano o nim w XI wieku jako Darmundestat. prawa miejskie uzyskał w 1330 roku dzięki łasce Ludwika IV Bawarskiego. Przez prawie 400 lat w Darmstadzie panowali Landgrafowie Hesji-Darmstadt. W XVIII wieku został rozbudowany w stylu barokowym przez Louisa Remy de la Fosse.

Na przełomie lat 1719/1721 powstała wspaniała oranżeria. Podczas II wojny światowej miasto zostało bardzo zniszczone, pierwszy nalot miał miejsce 30 lipca 1940 roku, centrum zniszczono 11 września 1944 roku. Ofiarami nalotów padło 12,5 tysiąca mieszkańców.


Obecnie Darmstadt posiada 9 dzielnic – są to: Arheilgen, Bessungen, Eberstadt, Kranichstein, Mitte, Nord, Ost, West i Wixhausen.


W Darmstadzie można zobaczyć piękną oranżerie. Poza tym znajduje się tam Instytut Badań Ciężkich Jonów, Uniwersytet Techniki oraz Niemiecki Instytut Kultury Polskiej. Raz do roku można też zobaczyć miejski festiwal Heinerfest, gdzie są liczne stoiska jedzenia i piwa, liczne zabawy i rozrywki wokół Starego Miasta.


Z ciekawostek o mieście to można wspomnieć:
– że w 1994 roku S. Hofmann, V. Ninov, P. Armbruster, H. Folger, G. Munzenberg oraz H.J. Schott odkryli pierwistek chemiczny o liczbie atomowej 110. Nazwano go darmsztadt – by upamiętnić nazwę miasta.
– kolejną ciekawostką jest to iż aż dwie caryce Imperium Rosyjskiego urodziły się w mieście. Były to Maria Aleksandrówna i Aleksandra Fiodorówna.
Wspomnę również, iż Płock jest jednym z szesnastu miast partnerskich.

Pozdrawiam Was Molcia 🙂

PS. zdjęcia pochodzą z mojej prywatnej kolekcji, kiedy miałam okazję poszaleć po mieście w październiku 🙂

Udostępnij

Witajcie Kochani!

Każdy z nas ma w rodzinie kogoś kto przeżył lub urodził się podczas II wojny światowej.  W mojej rodzinie sporo osob nie pamięta już tego okresu,  jednak pozostają jakieś nieliczne zapiski,  zdjęcia czy też opowiadania w pamięci z tego okresu.

Jeden z członków mojej rodziny miał okazję brać czynny udział w II wojnie światowej i niestety zginął w Auschwitz w sierpniu 1944 roku. Dzięki jego pamiętnikom, które się tam zachowały mam możliwość poznania swojego wujka i jego dziejów,  decyzji,  charakteru. Nie raz się Mi zdarza, gdy czytam jego relacje –  że zastanawiam się czy potrafiła bym się tak samo zachować jak on w tej sytuacji. Czy byłoby mnie stać na taka odwagę czy też potrafiła bym wytrzymać psychicznie ten cały terror na jaki musiał patrzeć.

Ostatnio opowiadałam jego historię oraz jego relacje z tego okresu, i innych osób o tym jak się żyło, jak sie walczyło o przetrwanie.  I dzisiaj mam w planach zamieścić kilka jego wspomnien i nie tylko jego –  mówiących o tej ogromnej tragedii jaka spotkała młodych ludzi,  a przede wszystkim lekcji historii i życia jaka ja osobiscie mogę wyciągnąć z tych relacji cytując Georga Santayana: „Kto nie pamięta historii jest skazany na jej przeżycie.”

Getto Warszawskie okres 1940 –  1943:

„Całe rodziny musiały opuścić swoje domy, pozostawić całe dobytki albo je sprzedać za bezcen,  po to by zamieszkać w 5/6 osób w jednym pokoju lub na ulicy. Nie dostają odpowiednich racji żywnościowych,  ograbiamy ich z godności i wszelkich kosztowności.  Gdy wczoraj skończyliśmy budować mur i zamknęło się Getto. Nie ma już odwrotu. Dopiero teraz zacznie się piekło dla nas –  udowadniając SS-manom, że i my potrafimy być tacy jak Oni. Że możemy udawać to okrucieństwo z jakim Oni traktują Żydów dla przyjemności. ”

” Najtrudniejsze dzisiaj co musiałem zrobić to pozbawić kobietę godności.  Wraz z innym SS-manem krzyczałem i kazałem się jej rozbierać na środku ulicy. Wygrażałem karabinem, kazałem jej się spieszyć,  bo nie mam czasu na zabawy,  że jest tylko żydowskim ścierwem. Nawet nie zauważyłem kiedy ten drugi zastrzelił staruszka chcącego pomóc dziewczynie. Nagle wszystko potoczyło się bardzo szybko.  Dziewczyna uciekła,  staruszek zmarł –  a ja obserwowałem to z boku. Nagle dostałem cios w tył głowy – za to że nie dopilnowałem dziewczyny – która stanowiła zabawkę dla SS-mana. Jednak cieszę się,  że nie mam ich krwi na rękach.  Że jutro znów wyjdę na ulicę i będę mógł szmuglowacć żywność, lekarstwa i dzieci przez mur. To jest dobre,  to walka w słusznej sprawie, prawda?”

„Coraz trudniej wychodzi mi udawanie,  że jestem sprzymierzeńcem Niemców. Każdego dnia coraz chętniej mam ochotę zastrzelić mojego zwierzchnika. Ale co mi to da? Czy warto ryzykować całe przedsięwzięcie –  moją głupią zachcianką? Ja i Alik robimy tyle dobrego dla tych maluchów,  dajemy im szansę ucieczki,  lepszego życia. Ale czy do wystarczające wytłumaczenie dla tych okropnych czynów jakie muszę robić każdego dnia?”

„Jest po wszystkim. Tyle osób zginęło niepotrzebnie. Mogłem próbować jeszcze coś więcej zrobić,  ale jak? Każdy dzień to jakby chodzenie po linie nad przepaścią.  Nic nie jest pewne u SS-mana. Jego nastrój,  humor. Nigdy nie wiem co zrobi ta druga osoba,  po drugiej stronie – która nawet nie wie,  że chce im pomóc. Wykańcza mnie psychicznie i fizycznie to cierpienie ludzi, moja maska –  jaką nosze z niechęcią,  to lawirowanie w sieci kłamstw. Czasami zastanawiam się czy nie lepiej zginąć.  Mieć to za sobą wszystko, pozostawić to piekło na ziemi.”

Powstanie Warszawskie –  sierpien 1944 rok:

„Jest chyba 6 rano. Siedzę od 11 godzin w piwnicy i zastanawiam się kiedy Niemcy skończą naloty. Jeszcze dwa tygodnie temu mogłem chodzić po zrujnowanym mieście,  dzisiaj uciekam przed Niemcami za zdradę. To cena jaką płace za podwojne życie i szpiegostwo. Ale nie żałuję. Przez ostatnie miesiące nie czułem się dobrze jak teraz. Kiedy w końcu mogłem wszystko powiedzieć,  co sądzę o wojnie, o Niemcach,  o tym wszystkim co czuję. Nawet nie wiesz jaka to ulga,  móc powiedzieć po 5 latach uśmiechania się i służby u Niemców –  tego co naprawdę się myśli prosto im w twarz.”

„19 sierpnia.  Jutro ważny dzień,  oby tylko udało się wysadzić zaplanowany punkt.  A co najważniejsze –  nie możemy dać się złapać.”

„Złapali mnie.  Od samego początku czułem,  że coś pójdzie nie tak. Ale trudno się mówi. Teraz stoję w zatłoczonym wagonie,  ledwo umiem oddychać,  jestem głodny i brudny od błota. Mam potrzebę,  ale nie mogę się ruszyć.  Wszędzie czuć mocz i kał,  pot dookoła. Nie wiem gdzie jadę,  ale spodziewam się,  że do któregoś obozu.  Ludzie wokół mówią, że jedziemy w głąb Niemiec.  Ja jednak w to wątpię,  za długo z nimi pracowałem,  wiem, że im się to nie opłaca.  Zastanawiam się ile już jedziemy. Z każdą kolejną minutą moje nogi coraz bardziej są zmęczone,  trudniej mi się utrzymać. Nawet nie za bardzo już pisać potrafię.  Chce wyjść,  chce zaczerpnąć powietrza.”

To ostatni zapis jaki mogłam przeczytać w pamiętnikach mojego wujka. Kolejne relacje będą już innych osób,  które przeżyły obóz w Auschwitz.

„Trzeba było być egoistą by przeżyć.  Trzeba było skoncentrować się tylko na sobie.  Ja zostałam sama jak miałam 12 lat,  to musiałam myśleć o tym jak przetrwać,  jak się uratować,  jak się potem wychować i zacząć żyć normalnie.” –  wspomina Agata Bołdok.

Fella Allon wspomina:

„Codziennie o piątej rano były apele. Ustawiali nas w szeregach. Byłam chuda i bardzo drobna,  ale pomimo tego mama kazała mi stawać w pierwszym rzędzie,  obok najzdrowszych i najsilniejszych.  W ten sposób chciała uratować mi życie.  Ona cały czas się mną opiekowała,  dbała o mnie.”

O wyjściu z obozu w Auschwitz pisze tak: „Zaczął się marsz śmierci. Jeśli zatrzymałeś się na chwilę albo usiadłeś,  Niemcy od razu strzelali i zostawiali ciała na drodze.  W pewnej chwili nie miałam już siły iść dalej i powiedziałam mamie, że muszę usiąść. Mama się zgodziła i powiedziała, że w takim razie ona usiądzie ze mną. To dało mi siłę,  żeby iść dalej, bo wiedziałam,  że jak usiądziemy,  to nas zastrzelą.”
„To,  co pamiętam,  to krzyki kobiet w barakach. Krzyki spowodowane bólem, gdy jedna z więźniarek niechcący nadeptywały na stopę innej więźniarki. Ich stopy były poranione przez lód. To był ból spowodowany długim marszem, boso.”

Podobne wspomnienia opisuje Alina Dąbrowska: „Sam marsz nie stanowił najgorszego wydarzenia. Szło się, było zimno, spaliśmy w stodołach,  jechaliśmy w otwartych wagonach. Było potwornie zimno. Najstraszniejszy był jednak głód w Revensbruck. Nie byłyśmy tam mile widziane. Nazywano nas ‚bandą z Oświęcimia’.  Jeżeli w południe nie poszłam z miską i siłą,  narażając się na pobicie kijem,  nie zabrałabym z kotła choć trochę zupy, to nie mialabym co jeść. „

Kolejna więźniarka –  Olga Hoffman wspomina swoje przeżycia z pierwszych chwil w obozie:

„Rozdzielali matki i dzieci,  rozdzielali siostry. Trzeba było przejść z podniesionymi rękami,  oni sprawdzali, czy nic przy sobie nie masz. Jeśli miało się cokolwiek, odsyłali na bok. Wszyscy panikowali,  bo było wiadomo,  co się stanie,  jeśli każą odejść na bok. Najgorsze doświadczenie w moim życiu to selekcja. Ten cały strach.”

„Rano była czarna kawa. Wieczorem kawałek chleba i odrobina zupy. Cały czas byliśmy głodni,  cały czas. I cały czas rozmawiało się o jedzeniu. Pracowałam przy budowie baraku. W tym błocie i ziemi, musieliśmy bo w innych barakach nie było już miejsca. Raz w tygodniu chodziliśmy na piechotę z Birkenau do Auschwitz.”

Kolejną osobą która również wspomina o selekcji oraz komorach gazowych w Auschwitz jest Irving Roth:

„Ci, którzy zostali przy selekcji skazani na śmierć w komorze gazowej, musieli ustawiać się przed wejściem do niej. Mówiło się, że idą wziąć prysznic. W środku było pusto. Były tylko ponumerowane haki wbite w ścianę. Kiedy ludzie zaczynali panikować, strażnicy mówili, żeby zapamiętać numer wieszaka, na którym powiesiło się ubrania, żeby móc je po prysznicu znaleźć. Kazali wiązać buty parami, żeby się nie pogubiły. Przed wejściem do baraku był napis ‚łaźnia’. Każdy dostawał kostkę mydła, a w środku były prysznice, więc ludzie wchodzili do środka.”

O tym jak kobiety i inni są mordowani w komorach gazowych jest wiele wspomnień, opowiadań osób, które przy tym zadaniu musiały pracować. M.in. pan Zalewski wspomina o nich czy wtedy młody żyd z Czech – Michael Honey. Sporo takich wspomnień można odszukać na internecie, w książkach czy gazetach o tematyce II wojny światowej. Na koniec wspomnę jeszcze o jednej osobie, która opisuje normalny dzień z życia więźniów. Są to wspomnienia pana J. Harmsa:

„Dni powszednie nie różniły się od siebie. Prawie równocześnie z porannym gongiem, oznajmiającym porę wstawania, do naszych baraków, wpadał blokowy. Pilnował on porządku i nadzorował uprzątnięcie sali przy użyciu bicia i krzyków. Bez względu na pogodę wypędzano nas na ulicę obozową. Naszym śniadaniem było pół litra gorzkiego płynu nazywanego kawą. Po tym ‚posiłku’ ustawialiśmy się na placu apelowym, by później wymaszerować pięcioosobowymi grupami do 12 godzinnej pracy. Pracować musieliśmy bardzo często w biegu, bez wytchnienia. Pracowaliśmy pod nadzorem uzbrojonych w pałki SS-manów i Kapo. Czas naszej pracy odmierzano liczbą zabitych. Była tylko jedna przerwa, na której spożywaliśmy zupę z przegniłych warzyw. Dodatkowo pracę utrudniały drewniane buty, które grzęzły w rozkopanym terenie. Gdy wracaliśmy nieśliśmy lub wieźliśmy na taczkach zabitych więźniów i tych poranionych. Wiedzieliśmy, że my możemy jutro znaleźć się na ich miejscu. Po pracy mieliśmy apele, na których było trzeba się stawić żywym lub martwym. Apele trwały od kilkudziesięciu minut do kilku godzin. Staliśmy lub siedzieliśmy w przysiadzie. Po apelach mieliśmy kolację. Na kolację otrzymywaliśmy 300 gram chleba, często spleśniałego, 30 gram margaryny i płyn z ziół. Dni różniły się tylko tym, że padał deszcz, śnieg lub było mroźno i wiatr, albo upalne słońce.

Wiem, że wiele się o tym pisze i mówi. Jednak temat do łatwych nie należy. Dla mnie Auschwitz to przykre wspomnienia, duże emocje i jakieś powiązania rodzinne. Jednak uczą mnie dużej pokory względem historii i doceniania jej – nie tylko jako mojej pasji, ale również by wyciągnąć jakieś wnioski odnośnie swojego życia. Przeżycia wujka i innych osób pozwalają mi na wyciągnięcie wniosków i możliwość postawienia się w ich sytuacji. Sama nie wiem czy potrafiłabym postąpić jak te osoby. Nikt tego nie wie, do póki nie staje przed takim wyborem.

Dlatego to opisuję, nie jako kolejny materiał – tylko jako moją lekcję.

Pozdrawiam Molcia

Udostępnij

Witam!

Siedząc dzisiaj przed kompem i oglądając zaległe odcinki serialu Dowodów Zbrodni, natknęłam się na odcinek mówiący o Amerykańskim Korpusie Pilotów Kobiet z okresu II Wojny Światowej który powstał w wrześniu 1942 roku. Przyznam się, że odkąd interesuję się historią nie natknęłam się na WASP podczas nauki czy też ciekawostek z II WŚ. Dzisiaj zaczęłam znowu trochę grzebać w internecie, pewnie dokopię się do kilku ciekawych historii. Jednak dzisiaj tylko tak krótko.

WASP czyli Women Airforce Service Pilots była organizacją para militarną w której kobiety pokazywały jak są przydatne dla kraju. Kobiety jako cywile latały na wojskowych maszynach. 5 sierpnia 1943 roku pod nazwę WAPS dołączono jeszcze dwie jednostki WFTD (Departament Szkolący Kobiety Latające) i WAFS tworząc grupę 1074 kobiet latających jako „Piękne Osy”. Kobiety te przeleciały ponad 60 milionów mil na różnych typach wojskowych samolotów. WASP było elitarną jednostką – z 25 tysięcy ochotniczek tylko 1074 kobiety miały możliwość reprezentować i konkurować z mężczyznami na froncie powietrznym. Każda z Os posiadała już doświadczenie a co ważniejsze było – licencję Pilota. Każda z kobiet musiała mieć za sobą około 1400 godzin latania oraz orientacji pilotażowej. Podczas 30 dniowej orientacji dochodziło im – dowiedzenie się jak wypełniać dokumentację wojskową oraz zasady na jakiś się lata się w wojsku. Następnie dostawy przydziały i latały już na poszczególne misje.

Były prowadzone dwie grupy:

  • pierwsza przez Nancy Love w Wilmington (łącznie wyszło spod jej skrzydła 19 grup)
  • druga przez Jacqueline Cochran w Houston (łącznie wyszkoliła 18 grup)

Kobiety posiadały minimalną opiekę zdrowotną, ubezpieczenie na życie, musiały szukać na własną rękę zakwaterowania. Niektóre nawet nie posiadały stosownego umundurowania. Z brakami w administracji, transporcie oraz maszynach rozpoczynały szkolenia, a później również pracę na trasach lotniczych.

Pierwszą tragedią jaka się wydarzyła była katastrofa 7 marca 1943 roku. Rozbiły się wtedy – Margaret Oldenburg z 43-W-4 i jej instruktorka, Norris G. Morgan. Rozbiły się siedem mil na południe od Houston i zginęły na miejscu wyniku zderzenia z ziemią.

Na razie tyle w temacie 🙂 Postaram się cosik znowu dopisać na ten temat. Jednak najpierw muszę potłumaczyć sobie z Angielskiego. Chociaż przyznam się, że temat mnie mocno zainteresował. Więc mam kolejny temat nad którym mogę trochę posiedzieć i poszerzyć wiedzę. A mówią, że seriale ogłupiają – jednak mój czegoś mnie nauczył 😉

Pozdrawiam Molcia

Udostępnij

Witajcie!

Dzisiaj trochę ciężki temat na post, jednak nie można o nim zapominać. Jako, że lubię historię II Wojny Światowej, to dzisiaj trochę o jednym z licznych zagadnień z tamtego okresu. Zapraszam do przejrzenia materiału poniżej.

Kl Auschwitz

Największym centrum hitlerowskiego ludobójstwa był Obóz zagłady w Oświęcimiu-Brzezince, w którym zginęło około 4 milionów ludzi przywożonych z całej Europy. W „Konzeutrationslager Auschwitz-Birkenau” ginęli ludzie różnych przekonań politycznych i religijnych, ginęli członkowie ruchu oporu i mieszkańcy wysiedlonych miast i wsi, radzieccy jeńcy wojenni i ludność cywilna, Żydzi, Cyganie, mężczyźni, kobiety i dzieci, ogółem obywatele 24 państw.

Rozkaz o utworzeniu obozu w Oświęcimiu wydał 27 kwietnia 1940 roku – Reichsfuhrer SS Heinrich Himmler. Mianował On na stanowisko komendanta obozu Rudolfa Hosse, byłego kierownika obozu w Sachsenhausen.

Więżniowie

Pierwsi obozowicze -Polacy – zostali przywiezieni do obozu 14 czerwca 1940 roku. Gestapo skierowało do obozu 728 polaków z więzienia w Tarnowie. Obóz początkowo przeznaczony tylko dla polskich więźniów stał się z biegiem czasu – międzynarodowym, gdyż od roku 1941 z różnych placówek Gestapo zaczęło kierować do obozu m.in. Czechów, Francuzów, Słowaków, Rosjan, Austriaków i wiele innych narodów.

Równolegle ze wzrostem liczby więźniów powiększano zasięg terytorialny obozu. W rezultacie w Oświęcimiu powstał kombinat śmierci składający się z trzech zasadniczych części:

– obozu macierzystego – tzw Auschwitz I

– obozu w Brzezince – Auschwitz II

– w Manowicach – Auschwitz III i podlegające mu sieć podobozów, tworzących głównie przy zakładach przemysłowych na Śląsku.

Po przyjeździe więźniowie byli spisywani i oznaczani numerami. Numery obozowe były jedynym znakiem rozpoznawczym więźnia – zastępowały imiona i nazwiska. W latach 1940 – 1943 więźniowie byli fotografowani w trzech pozycjach w pracowni fotograficznej służby rozpoznawczej (Erkennungsdienst). Potem fotografie zastąpiono tatuażami na lewym przedramieniu. Miał on zapobiec ucieczce więźnia i ułatwić jego identyfikację w razie ujęcia.

Ponadto więźniów oznaczano trójkątami, których kolor uzależniony był od podstawy aresztowania i skierowania do obozu. Większość więźniów nosiła na pasiaku (ubraniu obozowym) trójkąt koloru czerwonego. Oznaczało to, że byli oni osadzeni w obozie jako wrogowie hitlerowskich Niemiec, za tzw. „przestępstwa polityczne”.

Inni więźniowie np. pochodzenia żydowskiego otrzymywali gwiazdę utworzoną z trójkąta koloru żółtego skrzyżowanego z trójkątem koloru odpowiadającego przyczynie ich aresztowania. Czarnymi trójkątami oznaczeni byli Cyganie oraz więźniowie traktowani przez Hitlerowców jako aspołeczni (rasę podludzi), Więźniowie kryminalni nosili trójkąty zielone, natomiast Badacze Pisma Świętego (Świadkowie Jehowy) przydzielano trójkąt fioletowy.

Warunki

Malaryczny klimat, który był w okolicach Oświęcimia, złe i urągające warunki higieniczno-sanitarne (poniżej wszelkich podstawowych wymogów) i mieszkalne, głód, nie dostateczna ochrona przed zimnem (odzież, nie była prana, długo nie zmieniana odzież, źle zdezynfekowana), szczury i insekty. To przyczyniało się do powstawania chorób i epidemii dziesiątkującej obóz. Szczególnie odczuwali to więźniowie w Brzezince. Przez długi czas nie była skanalizowana i nie było instalacji wodociągowej. Jedynym sposobem by zdobyć wodę były opady deszczu lub śnieg. Wydano nawet rozkaz, by korzystać z prymitywnych urządzeń nie dłużej niż dziesięć sekund.

Pewien Żyd, który był więźniem tak wspomina życie w obozie: „Dni powszednie nie różniły się od siebie. Prawie równocześnie z porannym gongiem, oznajmiającym porę wstawiania do naszych baraków, wpadał blokowy. Pilnował on porządku i nadzorował uprzątnięcie sali (przy użyciu bicia i krzyków). Bez względu na pogodę wypędzano nas na ulicę obozową. Naszym śniadaniem było pół litra gorzkiego płynu nazywanego kawą. Po tym „posiłku” ustawialiśmy się na placu apelowym, by później wymaszerować pięcioosobowymi grupami do dwunastogodzinnej pracy. Pracować musieliśmy bardzo często w biegu, bez wytchnienia. Pracowaliśmy pod nadzorem uzbrojonych w pałki SS-manów i Kapo. Czas naszej pracy odmierzano liczbą zabitych. Była tylko jedna przerwa, na której spożywaliśmy zupę z przegniłych warzyw. Dodatkowo pracę utrudniały drewniane buty, które grzęzły w rozkopanym terenie. Gdy wracaliśmy, nieśliśmy lub wieźliśmy na taczkach, zabitych więźniów i tych poranionych. Wiedzieliśmy, że my możemy jutro znaleźć się na ich miejscu. Po pracy mieliśmy apele, na których było trzeba się stawić żywym lub martwym. Apele trwały od kilkudziesięciu minut do kilku godzin. Staliśmy lub siedzieliśmy w przysiadzie. Po apelach mieliśmy kolację. Na kolację otrzymywaliśmy 300g chleba, często spleśniałego, 30g margaryny i płyn z ziół. Dni różniły się tylko tym, że padał deszcz, śnieg lub było mroźno i wiatr, albo upalne słońce.” (Wspomnienia J. Harms).

Praca i głód przyczyniały się do wyczerpania organizmu więźniów. Osłabieniu fizycznemu często towarzyszyło załamanie nerwowe (polegało ono na krańcowym zobojętnieniu i braku zainteresowania otaczającym światem). Więźniów lub więźniarki znajdujące się w stanie powolnej śmierci głodowej nazywano w żargonie obozowym „mumie”.

Wieczny strach

Więźniowie żyli w atmosferze nieustannego zagrożenia. Nawet chwile krótkiego wypoczynku były wypełnione ciosami kijów i drągów lub kolb karabinów. Nawet w nocy sen więźniów przerywały odgłosy strzałów, oddawanych do tych, którzy nie potrafili znieść terroru obozowego i rzucali się „na druty” w celach samobójczych. SS-mani wymyślali też różny system kar, głównych celem tego systemu było sianie terroru i wyniszczenie psychiczne więźniów. Powody kar, często były błahymi powodami np. podniesienie ziemniaka. Wysokość kary i jej rodzaj zależał z reguły od humoru i uznania SS-mana. Najczęściej stosowane kary to: kara chłosty, kilkugodzinna kara wieszania na słupku, długotrwałe stójki, karne apele, dodatkowa praca lub całkowite wstrzymanie wydawania już i tak głodowych racji żywnościowych. Stosowano też na ludziach różne środki chemiczne w celu badań.

Komendant obozu, Rudolf Hoss: „Gdyby więźniów zaprowadzono w Oświęcimiu wprost do komór gazowych, oszczędzono by im i mi wiele męczarni” lub „Może Pan mi wierzyć, to wcale nie była przyjemność widzieć te stosy trupów i ciągle czuć dym spalenizny”. Słowa Unterscharfuhrer SS Franza Suchomela mówią „Przybywało mnóstwo ludzi, coraz więcej, i nie nadążano z uśmiercaniem ich (…) Komory gazowe miały za małą przepustowość.” Te słowa świadczą o ogromie żniwa śmierci, które zebrał Obóz w Oświęcimiu.

Nareszcie wolność!

Te męczarnie zakończyły się 27 stycznia 1945 roku szybką akcją 60 Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego. W obozie pozostali chorzy i słabi, Ci których Hitlerowscy zamierzali rozstrzelać. Tylko nieliczni doczekali się wyzwolenia. Pomocy udzielali im radzieccy lekarze i pielęgniarki oraz personel Polskiego Czerwonego Krzyża.

Ustawa z 2 lipca 1947 roku uznała teren byłego obozu „po wsze czasy jako Pomnik Męczeństwa Narodu Polskiego i Innych Narodów”. Oddając hołd pomordowanym w Oświęcimiu, Rada Państwa PRL odznaczyła ich pośmiertnie Krzyżem Grunwaldu I Klasy.

Źródła:

„Kl Auschwitz” , R. Bogusławska-Świebocka; wyd. KAW, Warszawa 1980

„KL Auschwitz”, wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1948

Pozdrawiam Was, Molcia

Udostępnij